Narciarsko

Sezon narciarski w pełni. Zaliczyliśmy już 11 jednodniowych wypadów z dziećmi. Początki były trudne. Pierwszy raz był dość nerwowy, na szczęście wyszyscy przeżyli, choć 3 płaczących, narzekających i jęczących dzieci mogłaby i świętego z równowagi wyprowadzić. Jednak jak to mówią: pierwsze koty za płoty. Dzieciaki śmigają na nartach aż się kurzy, najmłodszy czterolatek ciągle pyta ile jeszcze dni do soboty  :-)Bardzo się cieszę, że im się podoba. Ostatnio starszaki zaliczyły z tatą trasę niebieską z czarnym jednym zjazdem (odpowienik polski czerwono-czarna) i bardzo mnie zachęcały do skorzystania 🙂 Mając jednak w pamięci poprzedni dzień, kiedy niespodziewanie wylądowaliśmy całą piątką na czarnej trasie (trochę oblodzonej z kamulcami i czasami jakimiś korzeniami) i nieco sobie poobijałam zadek  (czasem się zjeżdża na nartach, czasem na tyłku), nie bardzo chciałam się wysilać. Na to Julia odpaliła:

„Mamo, nie bój się. Tam jest naprawdę fajnie, pomożemy Ci. Poza tym, przecież jesteś dorosła”. Po takim podsumowaniu nie miałam wyjścia :-). Nie żałowałam, trasa naprawdę jest świetna.

 

Na razie tylko tyle narciarskich. Mam problemy z załadowaniem zdjęć.

Zimowo

Chyba powinnam mieszkać na Alasce, bo uwielbiam zimę, śnieg i gorące zupy albo herbatę z sokiem malinowym na rozgrzewkę…

Z górki na...

Zimowo

Zimowy spacerek

Zimowo mi

Lodowy liść

Na spacerze

Na spacerze

Pięknie wygląda ośnieżone drzewo

Mikołajki

Drugi post dotyczący imprezy mikołajowej to nie pomyłka 🙂 Prosto z Seattle bowiem pojechaliśmy do naszej dobrej koleżanki. Dzieci mogły więc spotkać kolejnego Mikołaja.

Julcia prosi o małego szczeniaczka

Mój córek (celowo taka forma) w mikołajowym nastroju

Adaś dostał ataku śmiechu (bo jakżeby inaczej: ten Mikołaj gadał po angielsku a poprzedni po polsku).

Dominik jak przystało na dużego faceta poprosił o Transformers

Mikołajki w Domu Polskim w Seattle

5 grudnia 2010 roku mieliśmy okazję oglądać przedstawienie mikołajkowe w języku polskim. Wystąpiły cudowne dzieciaki, zebrały gromkie brawa. Przyszedł Mikołaj, który rozdawał dzieciom łakocie. Na koszt Domu Polskiego można było przekąsić małe co nieco albo napić się gorącej czekolady.

Chętnych do zapoznania się z działalnością Polskiego Domu w Seattle odsyłam do strony:

http://www.polishhome.org/

Występ

Nasza Polonia

Konkurs dla dzieci - Julia śpiewa "Panie Janie"

Konkurs - Julia w nagrodę dostała żabkę

Nadchodzi Mikołaj

Adaś jest trochę speszony

Tata z bezpiecznej strony obiektywu

I jeszcze raz

Kartki na Boże Narodzenie

Już kończy się luty, ale na dworze nadal zimowo, więc pozwolę sobie nadrobić zaległości.

Reniferek

Ciepłe rękawice

Choinka

Gwiazdki

Mikołaj

Złota choinka

Bożonarodzeniowe drzewko

Renifer

Kolejne drzewko

Skrzaty

Choineczka

Pasiasta choinka

Prezent (pierniczki) dla nauczycielki Dominika

Prezent (pierniczki) dla nauczycielki Julii

Wiadomości

Nie wiem, czy ktoś mnie jeszcze czyta… Zaczęły się wyjaśniać pewne sprawy związane z moim zdrowiem. Po tym jak byłam chora przez ponad trzy miesiące, zostałam skierowana do alergologa, gastrologa i neurologa. BAdanie usg jamy brzusznej pokazało, że mam polipa a woreczku żółciowym. Zrobiliśmy skan HIDA i okazało się, że wcale nie reaguję tak jak wg lekarza powinnam, co oznacza, że powinniśmy szukać dalej. Tym razem doktor chce sprawdzić żołądek…a to dlatego, że przez jakiś czas po zjedzeniu nabiału mnie bolało: po ciasteczku w czekoladzie troszkę, po tiramisu, pizzy myślałam, że się popłaczę z bólu. Mam nadzieję, że to tylko nietolerancja laktozy. Neurolog dla odmiany wstępnie zdiagnozował migreny, mam za sobą badanie EEG i rezonans magnetyczny, których wynik podam 1 marca. Alergolog zlecił dwa testy: „skrobany” i podskórny. Przy pierwszym rżałam ze śmiechu, bo mam okropne łąskotki, przy drugim spociłam się z wrażenia, kiedy po pierwszym zastrzyku na moje pytanie „Ile jeszcze?”, panie odpowiedziałą: „szesnaście”. Wyszło szydło z worka, a raczej alergia na: kota, psa, karaczany, pierze, roztocza, pleśnie, pyłki drzew, traw i chwastów. Hehe, już wiem, czemu tyle chorowałam: choroba zaczęła się jak drzewka się uaktywniły.

Najśmieszniejsze jest to, że przez ostatnie chyba cztery lata leczą mnie przy każdej okazji na zatoki antybolami, sterydami (wzmieniając co prawda, że to może alergia), a moje kłopoty mogą być spowodowane alergią i migreną.

Tak czy owak znam wroga, staram się walczyć na ile się da (wykładziny dywanowe nie ułatwiają mi zadania), chociaż dzisiejsze sprzatanie okupiłam drapiacym gardłem i wysypką na ręce.

Mam nadzieję, że w końcu przestanę chorować i będę pisać, pisać, pisać 🙂

Planuję umieścić zaległe zdjęcia, bardzo chciałabym w niedzielę, zobaczymy czy dam radę. Jutro pomykamy na nartki.