Lipiec 2012

Lipiec był bardzo pracowity. 18 lipca wsiedliśmy w samolot do Amsterdamu aby jakieś 12 godzin później przesiąść się do samolotu lecącego do Warszawy. Byliśmy okropnie zmęczeni, najpierw pakowanie, potem podróż i zmiana czasu, ale było cudownie. Wielkie emocje i wielka radość zobaczyć rodzinę i znajomych. W Warszawie prowadziliśmy intensywne życie towarzyskie. Przez pierwszy tydzień chodziłam spać między 2 a 3 w nocy. Nie ze wszystkimi udało nam się spotkać, do niektórych się nie mogłam do dzwonić. Nie udało nam się wpaść do Paryża, jak planowaliśmy. To zrobimy następnym razem. Byliśmy za to na żaglach.

Naprawdę super wyjazd, szkoda, że tak rzadko jesteśmy w Polsce, co 3-4 lata. Chcę to zmienić 🙂

Przed wyjazdem uszyłam parę woreczków na bieliznę i skarpetki dla naszej piątki. Nie mam zdjęć woreczków (jeszcze), ale mam zdjęcie z przygotowań do szycia:

Obcykałam dla mojej mamy i siostry nasz ogródek:

Nasze malinki:

Po wylądowaniu w Warszawie dzięki uprzejmości pana kapitana z linii KLM moje dzieci mogły zajrzeć do kokpitu.

Czerwiec 2012

Czerwiec był spokojny aczkolwiek niepozbawiony wrażeń:-)

Przez lata olewaliśmy statystyki i omijaliśmy ostry dyżur z daleka. W czerwcu zweryfikowaliśmy poglądy a Adam stał się posiadaczem czterech zgrabnych szwów. Dodam, że rozbił czoło podczas zabawy balonem (zawsze podejrzewałam, ze balony są niebezpieczne 😉 )

Po wyjściu z gabinetu pani doktor oznajmił:

– „Nazywajcie mnie Harry Potter”

Strasznie się na początku martwił, że blizny nie będzie, ale jest 🙂

Mój dzielny syn

Dość istotnym wydarzeniem było zakończenie roku szkolnego. Nie wszystkie dzieci były z tego powodu szczęśliwe.  Na emeryturę odeszła jedna z pomocniczych nauczycielek. Byliśmy na jej oficjalnym pożegnaniu. Brak nam jej. Może odwiedzi nas czasem w szkole.

Do końca czerwca kontynuowaliśmy lekcje pianina dla mnie, Julii i Dominika. Najszczęśliwszy był Adaś, który w tym czasie grywał w „Andry Birds”:

Maj 2012

Tegoroczny maj był dość intensywny, ale pozbawiony rutyny.

Mieliśmy w domu mały remoncik. Zostały przeniesione drzwi do garażu. Początkowo mieściły się one w łazience, co niekiedy przyprawiało o palpitacje moich gości. Obecnie do garażu wchodzi się z przedpokoju. Dużo sensowniejsze rozwiązanie. Niestety trzeba było poświęcić wieszak na ubrania.

Julia, w tle nasza dawna ściana z wieszakiem

Ostatnie chwile…

Postęp prac…

Już za chwileczkę, już za momencik…

Nie ma odwrotu…

Dziura, tzn. drzwi 🙂

Zostało malowanie, to musi poczekać 🙂

Innym ważnym wydarzeniem był koncert fortepianowy, w którym wzięły między innymi moje dzieci;

Julia zagrała „”Hedwig’s Theme”, a Domik fragment z „Gwiezdnych Wojen”:

W maju była już ładna pogoda, co w moim mieście nie jest czymś zwykłym, często o tej porze pada deszcz. Korzystaliśmy więc z ładnej aury. Wreszcie pamiętałam, aby zabrać aparat fotograficzny do biblioteki, przed którą zawsze podziwiamy rzeźbę:

Lubię moje miasto, naprawdę. O każdej porze roku, nawet jak leje.

Jestem istotą towarzyską. Czasami mam gości:

Czasami ja jestem czyimś gościem:

Mimo natłoku zajęć staram się nie zapominać o przyjemnościach i staram się zarazić pasją dzieci:

Dzieło Dominika (z pomocą mamy). W podziękowaniu dla lidera skautów za fajny rok.

Działo się, oj działo :-)

Wróciłam. Wybaczcie mi brak konsekwencji i stabilności w pisaniu bloga. Jako „migrenik-alergik” swoje muszę przekichać i przeboleć, a kiedy następuje poprawa, nadrobić zaległości „domowo-towarzysko-kuchniowo-praniowe” 🙂

Światełko w tunelu jest, a raczej dr Kevin w swoim gabinecie, który zmieni mi moje magiczne tabletki na takie które może będą lepiej działały. Wtedy może nie będę się czuła w dowcipie:

– Żona do męża: Kochanie, mam migrenę

– Mąż: Migrenę to może mieć królowa angielska, a Ciebie po prostu łeb napie****a 😉

Dużo się u nas działo. Wszystkie dzieci chodzą do szkoły. Byliśmy w Polsce, żeglowaliśmy, przenieśliśmy drzwi do garażu w inne miejsce, pomalowaliśmy łazienkę, zakiełkowały nam plany przeniesienia kuchni do innego pomieszczenia. Mam masę pomysłów i brak czasu na ich realizację.
 Po kolei jednak doprowadzę je do końca, bo tak sobie postanowiłam 🙂