Codzienne okruchy szczęścia

Carpe diem Ludziska 🙂

Lubię życie, lubię drobne przyjemności dnia codziennego. Każda chwila jest istotna i warta docenienia. Dobra kawa, kwadrans drzemki, czy interesująca książka.

IMG_20140312_121326 IMG_20140312_111911 IMG_20140312_113230 IMG_20140312_113518 IMG_20140312_120527 IMG_20140312_121210 IMG_20140312_120430 IMG_20140312_120721 IMG_20140312_121008

Zrzędowisko

Wita Was wykończona matka dzieciom. W końcu przeszliśmy na czas letni. Nie lubię tego momentu, stanowczo preferuję przejście na czas zimowy. Wolę coś dostawać 😉 Zbliża się 22. Ostatnia pociecha wyszła spod prysznica, niedługo kolej na mnie. Może gorąca woda zrelaksuje zmęczone ciało i umysł. Dzień minął mi jak zwykle na pracy (i co z tego, że niedziela, he?), zwracaniu uwagi, upominaniu, pilnowaniu by dziatwa wywiązała się ze swoich obowiązków. Chwilami czułam się jak ostatnia zrzęda. Obejrzałam program „Surowi rodzice”. Okropność. Jak to możliwe, że słodko uśmiechające się niemowlęta czy ufnie zaplatające nam łapki na szyi maluchy czasem wyrastają na wstrętne bachory? Ważna jest konsekwencja, ważne jest wychowanie, nie hodowanie: karmienie, pojenie, kładzenie spać. Czasem mam wrażenie, że i ja hoduję swoje dzieci. Dni mijają szybko i często brakuje czasu, by prostu być blisko, pograć w gry planszowe. Obłęd: rano pobudka, szkoła od 9.25 albo 8.30 do 3.47 (z wyjątkiem A. – on kończy 12.05), po szkole obiad, lekcje, zajęcia pozalekcyjne, kolacja, wspólne czytanie książek (na głos przez tatę), mycie i spać. Czas tak szybko płynie. Czytam „Teorię bezwzględności czyli jak uniknąć końca świata” Beaty Pawlikowskiej i mam wrażenie, że plemiona zamieszkujące amazońską puszczę są szczęśliwsze niż przeciętny człowiek na ulicy, że indiańskie dzieci są szczęśliwsze. Nikt im nie każe siedzieć w szkole godzinami podczas kiedy rodzice zaharowują się w korporacjach. Już nie zrzędzę. Chciałam wstawić kilka fotek i filmików, ale albo się coś wiesza, albo wordpress nie wspiera formatu. Trza się wyspać i pomyśleć. Jutro idę na zakupy warzywne:-)

Aha, na dzień kobiet dostałam od P. bluzę. Obfocę i wrzucę. Podoba mi się.

W obronie Harrego Pottera

Witajcie. Odbębniam godzinkę w poczekalni szkoły tańca. J. i D. tańczą, A. bawi się a ja mam chwilkę. Nie mogę sobie odpuścić tego tematu. Harry Potter – moja ukochana seria książek. Być może moja pasja dziwi niektórych czytaczy – w końcu Harry Potter to literatura dziecięco-młodzieżowa, a ja już dawno przestałam być nastolatką 🙂

Opowieść o Harrym Potterze i jego przygodach spotkała się z ostrą krytyką niektórych środowisk, które widziały w niej zachętę do zainteresowania się okultyzmem i magią. Moim zdaniem powieść pani J.K Rowling ma wymiar dydaktyczny. Nie ma sensu doszukiwać się w serii o Harrym tego , czego tam mnie na, bo przypomina to sugerowanie, że Teletubiś Tinky Winky jest gejem, tylko dlatego, że nosi torebkę. O wartościach edukacyjnych serii o młodym czarodzieju Harry napiszę innym razem, teraz chciałabym przytoczyć fragmenty interesującego artykułu autorstwa ks. Jacka Dunin-Borkowskiego.

Harry Potter a magia – ks. Jacek Dunin-Borkowski

„(…)czym jest magia, o ile istnieje. Możliwe wydają się tutaj dwie definicje: magia rozumiana jako rodzaj ludzkiej wiedzy, pozwalającej wniknąć w ukryty mechanizm rzeczywistości, albo magia jako kontakt z ponadludzkimi mocami.
W pierwszym wypadku mag byłby zatem kimś podobnym do speca od komputerów, potrafiącego wyczyniać za ich pomocą cuda niedostępne i niezrozumiałe dla przeciętnego użytkownika. (…) To drugie rozumienie zakłada przyjęcie panteizmu – poglądu, że ostatecznie wszystko, co istnieje, jest absolutną jednością. Jeśli tak by było, to wówczas można uznać, że układ gwiazd może się odzwierciedlać w moim porannym przypaleniu jajecznicy, a dotknięcie jakiejś struny rzeczywistości przez odpowiednio dobrane zaklęcie może powodować zakwitanie stokrotek na Antarktydzie zupełnie w taki sam sposób, jak wybranie odpowiedniego numeru telefonu w Polsce powoduje dzwonienie aparatu w tejże samej krainie śniegu. Jeśli wszystko jest jednością, to uchwycenie tej ukrytej struny daje klucz do wszystkiego – zgaszenia słońca, przeniesienia się w czasie czy przestrzeni, spowodowania, że gruszki wyrosną na wierzbie. (…)
Z którym z wymienionych rodzajów magii mamy do czynienia w „Harrym Potterze”? Pozornie z pierwszym. Uczniowie Hogwartu żmudnie pracują nad opanowaniem wiedzy, specjalnych zaklęć i sposobu ich wykonywania tak, aby osiągnąć odpowiedni efekt – unoszenie się przedmiotów, latanie na miotle etc. Nie kontaktują się jednak w tym celu z żadnymi ponadludzkimi mocami. W gruncie rzeczy w książkach i filmie o Harrym w ogóle nie ma magii. Są to raczej opowieści z życia nastolatków zmagających się ze sobą i ze strasznym wrogiem, bardzo podobne w swoim stylu, randze literackiej i komizmie do książek Niziurskiego. Magia jest tutaj jedynie traktowanym z przymrużeniem oka sztafażem, dodającym tym opowieściom smaku, przydającym im niezwykłości. Przykłady żartobliwego jej traktowania mnożyć można bez liku: tytuły książek-podręczników (np. „Potworna Księga Potworów,” która. gryzie!), peron nr 9 i 3/4, z którego jedynie można się dostać do magicznej szkoły, kupowanie szat czarnoksięskich jak szkolnego mundurka, nieskuteczne zmienianie przez niedouczonego ucznia jeża w poduszkę do szpilek, kurczącą się z przerażenia przed ukłuciem. Takie było moje pierwsze odczucie przy lekturze „Harry’ego” i zostało ono potwierdzone przez wypowiedź samej Rowling, stwierdzającej, że nie wierzy w czary i dlatego może się nimi bawić. (…)
Do znudzenia odbija się w katolickich mediach przerażająca wiadomość, że alchemik Nicolas Flamel istniał naprawdę. Ale, na miłość Boską, to tylko nazwisko! Pan Twardowski też istniał i był alchemikiem, a nie spotkałem dziecka, któremu zaszkodziłoby na duchu powtarzanie wyliczanki: „Pan Twardowski na kogucie, w jednym kapciu, w drugim bucie”. Podobnie jest z zarzutem propagowania brutalności, za którego przykład uchodzi torturowanie pająków na lekcji obrony przed czarną magią. Tych tortur dokonuje jednak czarodziej zaprzedany złu. Czyżbyśmy chcieli, aby jedyne obrazy złych postaci w literaturze dla młodzieży ograniczały się do przestępstwa niemycia zębów i niesortowania śmieci?
A co jest zaletą historii o Harrym Potterze? Najlepiej to ujął Piotr Wojciechowski przed rokiem na łamach „Więzi”: Harry to anty-Barbie. Przecież właśnie śliczna laleczka Barbie jest niemoralna i zdecydowanie szkodliwa. Na ulicach i w szkołach, a bodaj i w przedszkolach widać małe dziewczynki poubierane jak kobiety lekkich obyczajów. To jest pokłosie Barbie i prasy tzw. młodzieżowej. Istnieją rzeczy szkodliwe, choć nieoperujące bezpośrednio hasłami i obrazami uznawanymi za grzeszne. Sam jestem zdania, że brazylijskie seriale są nie mniej niemoralne niż pornografia.
A jak te filmy oddziałują na człowieka? Zazwyczaj całkowicie abstrahują one od moralności, postacie są papierowe, konflikty sztuczne. Budzą tęsknotę za bogatym, łatwym życiem, urozmaicanym jedynie finansowo-erotycznymi intrygami. Są poza tym bezdennie głupie, utwierdzając w głupocie swoich widzów. Chciałbym przypomnieć, że Jezus Chrystus wymienia głupotę (oczywiście tę zawinioną) wśród poważnych grzechów.
Część katolickich mediów reaguje jak kiepsko zaprogramowany komputerowy czujnik: nagość – źle, czary – źle, przemoc – fatalnie. Skutek jest taki, że przecedzamy komara, a połykamy wielbłąda. Można napisać skrajnie nieprzyzwoity tekst, nie używając ani jednego wulgarnego słowa. Można zrobić nieprzyzwoity film, nie obnażając aktorów. Robi się lalki, które wprowadzają dzieci w naskórkowo-konsumpcyjne traktowanie życia (ciuchy, fryzura), choć pozostają ładnymi laleczkami. Emituje się brazylijskie filmy, lansujące życie bez żadnej wartości, choć występują w nich czasem księża i zakonnicy.
Opowieści o Harrym Potterze mogą bardzo pozytywnie oddziaływać na czytelnika, choć pojawiają się w nich czary. Wartością nie jest w nich ani wygląd zewnętrzny, ani siła fizyczna, ani nawet zdolności czy sukces. Ważna jest przyjaźń, rodzina, poświęcenie, przełamywanie swojej słabości, wiedza, lojalność. Nasze wybory – przekonuje Dumbledore – ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej, niż nasze zdolności. A w epitafium dla Cedrica – ofiary diabolicznego Voldemorta pojawiają się słowa: pamiętajcie Cedrica, wspomnijcie na niego, gdy przyjdzie wam wybierać między tym, co jest słuszne, a tym, co jest łatwe. Poza dydaktycznymi maksymami, które są tak mocno podkreślane, że aż szkodzą literackiej wartości powieści, młody człowiek może zobaczyć, że zło jest z?e i że trzeba z nim walczyć na śmierć i życie – także w sobie samym. Zło nie jest tylko innością, kwestią wyboru, przyjmowaniem takiej czy innej opcji. Ono jest realne.
Sam bardzo lubię w historiach o Harrym budzenie zdrowego sceptycyzmu, np. wobec środków masowego przekazu oraz w ogóle budzenie świadomości, że rzeczy i ludzie często nie są tym, na co z pozoru wyglądają. Te historie pokazują, że największy sprzymierzeniec może okazać się wrogiem, a człowiek uznawany przez wszystkich za przestępcę – przyjacielem. Istnieje naprawdę duża szansa, że dziecko, które spotkało się w lekturze z panią redaktor Ritą Skeeter, nie będzie bezmyślnie połykało papki dla odmóżdżonych, płynącej ze środków masowego. rażenia.
Książki o Harrym to według mnie bardzo dobra literatura, oczywiście w swojej klasie. Warta polecenia tym rodzicom, którzy swoją dzieciomłodzież chcą wychowywać na lepszych wzorcach niż Lara Croft i Mortal Kombat.’
Pełny artykuł dostępny na stronie:
Inny ciekawy artykuł dotyczący potteromanii autorstwa Ks. Jacka Dunin – Borkowskiego można znaleźć:

Wieczór

Wieczór ma swoje zalety. Najważniejsza: można iść spać:-) To był kolejny pracowity dzień. Teraz nadszedł czas odpoczynku.

Byliśmy na hip-hopie. D. i J. tańczyli, ja i A. odpoczywaliśmy w poczekalni:

W poczekalni

W poczekalni

Całkiem miło tam się czeka :-)

Całkiem miło tam się czeka 🙂

Nadal czekamy...

Nadal czekamy…

I czekamy...

I czekamy…

Czekając nawadniamy się...

Czekając nawadniamy się…

Powrót do domu

Powrót do domu

Dojechaliśmy :-)

Dojechaliśmy 🙂

Tata kończy czytanie 1-go tomu Malloreonu

Wieczorne czytanie. Końcówka 1-go tomu Malloreonu

Plany na środę

Plany na środę

IMG_20130212_215258

Wieczorna herbatka…

...i lektura

…i lektura

Czas na spanie :-)

Czas na spanie 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Harry Potter

Prędzej czy później musiało dojść do takiego wpisu, a może do pierwszego z wielu innych wpisów o Harrym Potterze.

Pamiętam jak pierwsza część trafiła do księgarń na całym świecie i podbiła serca starszych i młodszych czytelników. Nie rozumiałam pasji, która ogarnęła ludzi. Wydawało mi się to dziecinadą i tyle. Potem, kiedy kolejne części trafiały do sprzedaży, ogólne podniecenie sięgało zenitu. Nie uległam zbiorowej histerii, nie poszłam nawet do księgarni. Nie byłam również w kinie na żadnym z filmów o tym błyskotliwym chłopcu. Gdzieś między obieraniem marchewki a myciem garów, obejrzałam na DVD pierwszą część – tylko dlatego, ze P. właśnie oglądał. Mijały kolejne miesiące i  lata, moje dzieci rosły (i rosną) jak na drożdżach. Doszliśmy z P. do wniosku, że mamy dość czytania im po raz setny tych samych wierszyków, bajek Andersena i braci Grimm. Zaczęliśmy sięgać po literaturę dla troszkę starszych dzieci. Śmialiśmy się z przygód Ferdynanda Wspaniałego, cenzurowaliśmy przygody Emila ze Smalandii, podobnie zresztą było z całą serią o Mikołajku. Baliśmy się, że cała trójeczka będzie chciała wypróbować nowe pomysły 😉 Przewinęła się cała masa książek. Potrzebowałam jednak zmiany, chciałam abyśmy czytali „doroślejsze” książki. Pierwszy był Hobbit. Pamiętam, jak czasami dzieciaki chowały się pod kołdrę za strachu, ale nie pozwalały zmienić książki 😉

Następnie w ręce wpadł mi Harry Potter. To była desperacja, po pierwszym rozdziale zauroczenie, po kilku rozdziałach dozgonna miłość. Pierwszy tom czytałam ja, kolejne mąż. Jego struny głosowe są wytrzymalsze 😉 Moje dzieciaki wpadły po uszy. Harry Potter stał się częścią naszego życia. Przypomniał mi, aby nikogo i niczego nie oceniać po pozorach. Kupiłam wszystkie filmy. Czytamy oczywiście także inne książki, oglądamy różne filmy. Zawsze jednak wracamy do Pottera. Zdaję sobie sprawę, że wiele środowisk jest bardzo negatywnie nastawionych do książek o Harrym. Główny zarzut: szerzenie okultyzmu. Nie zgadzam się z tym. Ja widzę w tych książkach coś więcej niż czary-mary. Widzę w nich mądrość.

Zdjęcie pochodzi z serwisu http://harrypotter.wikia.com

Zdjęcie pochodzi z serwisu
http://harrypotter.wikia.com

CDN…

Książka

Tym razem pokażę Wam książkę niezwykłą, bo stworzoną ręcznie przez moją córkę Julię i jej przyjaciółkę Joelle. Obie dziewczynki są autorkami tekstu, natomiast autorką ilustracji jest moja córeczka. Książka została przekazana w darze szkolnej bibliotece, otrzymała pieczątkę, numerek i można ją wypożyczać 🙂

Tematyka: owady

Bojowa Pieśń Tygrysicy.

O książce „Bojowa Pieśń Tygrysicy” autorstwa Amy Chua przeczytałam w Gazecie Wyborczej bodajże. Prawie od razu ustawiłam się w wirtualnej kolejce w lokalnej bibliotece. O tym, jaką popularnością cieszy się ta pozycja, świadczy chociażby fakt, że byłam 92 w kolejce. Po paru miesiącach oczekiwania w końcu dostałam swoje trzy tygodnie na lekturę:-). Bojowa Pieśń Tygrysicy wywarła na mnie ogromne wrażenie. Daleka jestem od bycia chińską matką (czyli reprezentującą chiński model rodzicielstwa, ciężką pracę dzieciaków i brak głaskania po główce), nie mniej jednak pewne elementy wprowadziłam u siebie (wprawiając młodocianych w osłupienie). Nie pochwalam metod wychowawczych Amy Chua, szczególnie, że różnie bywa z ich skutecznością (manipulacja działa do pewnego momentu), nie akceptuję ciągłej kontroli, pracy bez wytchnienia, braku czasu na zabawę czy przyjaciół. Sądzę jednak (obserwując różne dzieci), że często rodzice kompletnie nie mają kontroli nad tym co robią, jedzą, jak spędzają czas, czy z kim się zadają ich dzieci.

Amerykańscy rodzice chwalą swe dzieci, nie wytykają błędów (przepraszam – w granicach rozsądku, nie oddadzą dziecku, jak Amy Chua, ręcznie robionej kartki urodzinowej twierdząc, że jest brzydka, niedopracowana i mogłyby się bardziej postarać), uwypuklają osiągnięcia, pozwalają uwierzyć dzieciom w ich wartość. W końcu każdy idzie swoją drogą. W przeciwieństwie do swoich chińskich rówieśników, nie zajmują się swoimi rodzicami na starość. Myślę, że warto korzystać z obu modeli rodzicielstwa, w każdym znajdziemy jakieś cenne wskazówki: amerykański pomoże nam wychować dzieci na świadomych swojej wartości ludzi, takich którzy kochają siebie i innych, chiński nauczy dzieci systematyczności i odpowiedzialności za swoje obowiązki.

Książkę z całego serca polecam mimo, że mnie samej nieraz włosy dęba stanęły podczas lektury.

Zdjęcie nie jest mojego autorstwa. Pobrałam je ze strony http://merlin.pl