Jestem

Jestem w domu. Wróciłam. Byłam w Polsce razem z całą rodzinką. Próbowałam pisać posty na telefonie, ale albo się wieszała aplikacja albo siadał internet. Mam dużo wspomnień i zdjęć, a przed sobą dużo pracy.

image

Kawa wypita, bezglutenowe babeczki zjedzone. Czas zabrać się do pracy.

Już jestem :-)

Wybaczcie, że zniknęłam bez słowa. Miałam mnóstwo zajęć i więcej dzieci w domu. Młodsza córeczka mojej sąsiadki spędziła 2.5 tygodnia w szpitalu (towarzyszyła jej mama) a jej starsza siostra spędzała czas z moimi dziećmi przed i po szkole. Okazjonalnie dołączała kolejna zaprzyjaźniona dziewczynka i cała piątka bawiła się przednie (nie licząc drobnych konfliktów o które nie trudno kiedy każde z dzieci chce robić coś innego i przy okazji rządzić innymi 😉 ). Trzeba było mieć dziatwę na oku, karmić (zaprzyjaźnione dziewczyny miały inne preferencje kulinarne 😉 ) i pilnować, by wróciły do domów bez większych urazów. Nie mam pojęcia tak naprawdę, na czym mijał mi czas, wiem, że wieczorami zasypiałam po przyłożeniu głowy do poduszki (na ogół zasypianie zajmuje mi trochę czasu).  W międzyczasie była Wielkanoc, na którą drugi raz w życiu nie byłam przygotowana. Nie zdążyłam. Dom nie był wysprzątany a lodówka zapchana jedzeniem. Zdążyłam jedynie ugotować jajka. Doszłam jednak do wniosku, że Święta to coś więcej niż wysprzątany dom i stół pełen potraw. Nawet jak będą brudne okna i zakurzone meble, nadal możemy świętować. Najważniejsze by być razem z bliskimi i razem celebrować Święto Zmartwychwstania Pańskiego.

Po świętach dzieci miały kilka dni ferii wiosennych – trochę szkoda, że już się skończyły i jutro zaczyna się szkoła. Lubię jak wszyscy razem jesteśmy w domu. Zresztą wakacje już niedługo – u nas od 14 czerwca 🙂 A pisząc w wakacjach nie mogę pominąć naszych planów na lato. W czerwcu lecimy do Polski. Nie mogę się doczekać. Jeszcze 12 lat temu nie pomyślałabym, że  perspektywa spędzenia wakacji w Warszawie napełni mnie taką radością 🙂 Podróż prawdopodobnie będzie dość męcząca, bo lecimy z przesiadkami, jednak J.D.i A. są wspaniałymi i cierpliwymi podróżnikami (J. swoją pierwszą dalszą podróż (nie licząc okresu prenatalnego 🙂   odbyła jako ośmiomiesięczny bobas (trasa: Miami -Frankfurt-Warszawa i z powrotem), następnie miesiąc później (Miami – Phoenix – Seattle) a jako roczniak dłuższą wyprawę autem (najdalszy punkt na mapie stanowił Wielki Kanion) – sama jazda zajęła co najmniej 23 godziny w jedną stronę. Chłopcy nie byli gorsi, o nie 🙂 Jak widać mamy wprawę i coraz mniejsze bagaże 🙂

W tym roku zapowiada się jeszcze ciekawiej. Najpierw lecimy do Chicago, stamtąd do Helsinek a potem do Warszawy, w drodze powrotnej zaszczycimy swoją obecnością lotnisko w Nowym Jorku (zamiast Chicago). Mam nadzieję, że nie będzie takich strasznych upałów jak w zeszłym roku. W związku z wyjazdem mam plan: schudnąć 🙂

Poważnie: 9 miesięcy temu obiecałam sobie, że na kolejne wakacje do Polski pojadę nieco drobniejsza. Nie sądziłam jednak, że będzie miało to nastąpić w tym roku.  Kiedy dwa tygodnie temu podjęliśmy decyzje wakacyjne, poczułam się jak ktoś, kto pod koniec szóstego miesiąca ciąży , dowiaduje się, że będzie miał dziecko i ma bardzo mało czasu na przygotowanie się 🙂 . Ja mam mało czasu na zrzucenie paru kilo 🙂  Mam motywację: na początku czerwca idę po zakupy. I tak muszę wymienić część znoszonej garderoby, wolę więc mniejszy rozmiar 🙂 Na razie zakupiłam crocsy i nylonową torbę na ramie (ta jeszcze do mnie nie doszła). Nasze bagaże powinny być lekkie ( w tamtym roku miałam ze sobą dość ciężki plecaczek), bo będzie sporo przemieszczania się.

Wyjazd wypada w dobrym terminie, pewnie dam radę wyhodować jakieś warzywka, ziółka i kwiaty. Jak wrócimy będzie jak znalazł, np. pomidorki koktajlowe, mniam.

Po Walentynkach:-)

Wszyscy wiemy, że 14 lutego obchodzimy dzień zakochanych. Często ten dzień kojarzy nam się z kiczowatymi wystawami sklepów, czekoladowymi sercami, pluszowymi misiami itp. Historia Walentynek i jej patrona, jest owiana tajemnicą. Walentynki, jakie znamy dzisiaj, zawierają ślady zarówno chrześcijańskiej i starożytnej tradycji rzymskiej. Początków tego święta jednak nie należy szukać w chrześcijaństwie, ale w pogańskim Rzymie.
Jedna z legend twierdzi, że Walenty był kapłanem, który żył w trzecim wieku w Rzymie. Kiedy Cesarz Klaudiusz II uznał, że samotni mężczyźni są lepszymi żołnierzami niż ci, którzy mają żony i dzieci, zakazał młodym mężczyznom zakładania rodzin. Walenty oburzony niesprawiedliwością takiego zarządzenia, udzielał potajemnie ślubów zakochanym parom.  Kiedy odkryto prawdę, Klaudiusz skazał Walentego na śmierć. Bito biedaka, aż skonał, po czym odcięto mu głowę. Stało się to prawdopodobnie  w połowie lutego około 270 roku.  Według jednej z legend, uwięziony Walenty rzeczywiście wysłał pierwszą „walentynkę”. Zanim zmarł, w więzieniu Walenty zaprzyjaźnił się z córką strażnika, która go odwiedzała i podnosiła na duchu. Aby się odwdzięczyć, zostawił jej na pożegnanie liść w kształcie serca, na którym napisał: „Od twojego Walentego”.
Inne historie sugerują, że Walenty mógł zostać zabity za próbę pomocy chrześcijanom chcącym uciec z  rzymskich więzień, gdzie byli często bici i torturowani.

Choć niektórzy badacze uważają, że Walentynki obchodzone są w połowie lutego w rocznicę śmierci Walentego – inni twierdzą, że data 14 II to wynik chrystianizacji pogańskich Luperkaliów. W połowie lutego ptaki zaczynały swe miłosne gody i łączyły się w pary. Był to symbol przebudzenia się natury i zapowiedź nadejścia wiosny. 14-15 lutego Rzymianie świętowali Luperkalia – święto ustanowione przez Euandrosa. Dni te pierwotnie były poświęcone Luperkusowi, pasterskiemu bogu plemion italskich chroniących przez wilkami. Obchodzono je w jaskini Luperkal na Palatynie, gdzie według wierzeń legendarni założyciele Rzymu, bliźniacy Romulus i Remus, byli karmieni przez wilczycę.

Składano ofiary, a kapłani ubrani w skórę świeżo zabitego kozła, obiegali wzgórze Palatynu i uderzali przechodniów rzemieniami ze skór zwierząt ofiarnych, co miało kobietom gwarantować płodność. Istotną rolę odgrywał kult Fauna – rzymskiego bóstwa płodności, często przedstawianego w postaci brodatego mężczyzny z koźlimi rogami i kopytami.

Zgodnie z legendą, zachęcano młode kobiety aby umieszczały ich imiona w wielkiej urnie. Potem było losowanie, w którym brali udział chłopcy. Wylosowane dziewczęta stawały się ich partnerkami na czas Luperkaliów, a nie rzadko na całe życie.
W IV w., kiedy chrześcijaństwo zostało oficjalną religią na terenie Cesarstwa, stopniowo zastępowano pogańskie obrzędy chrześcijańskimi. Wyjątkiem były Luperkalia, które dzięki popularności obchodzono aż do końca V w.  Zostały zniesione 496 r. przez papieża Gelazego I, i zastąpione świętem męczennika Walentego.

Moim zdaniem historia jest bardzo ciekawa i zasługiwała na przytoczenie. Ja też dostałam swoje walentynki:

Walentynkiod J. i D.

Walentynki od J. i A.

Walentynka od A. Dostał w szkole i postanowił dać mamusi.

Walentynka od A. Dostał w szkole i postanowił dać mamusi.

Walentynka od P.

Walentynka od P.

Harry Potter

Prędzej czy później musiało dojść do takiego wpisu, a może do pierwszego z wielu innych wpisów o Harrym Potterze.

Pamiętam jak pierwsza część trafiła do księgarń na całym świecie i podbiła serca starszych i młodszych czytelników. Nie rozumiałam pasji, która ogarnęła ludzi. Wydawało mi się to dziecinadą i tyle. Potem, kiedy kolejne części trafiały do sprzedaży, ogólne podniecenie sięgało zenitu. Nie uległam zbiorowej histerii, nie poszłam nawet do księgarni. Nie byłam również w kinie na żadnym z filmów o tym błyskotliwym chłopcu. Gdzieś między obieraniem marchewki a myciem garów, obejrzałam na DVD pierwszą część – tylko dlatego, ze P. właśnie oglądał. Mijały kolejne miesiące i  lata, moje dzieci rosły (i rosną) jak na drożdżach. Doszliśmy z P. do wniosku, że mamy dość czytania im po raz setny tych samych wierszyków, bajek Andersena i braci Grimm. Zaczęliśmy sięgać po literaturę dla troszkę starszych dzieci. Śmialiśmy się z przygód Ferdynanda Wspaniałego, cenzurowaliśmy przygody Emila ze Smalandii, podobnie zresztą było z całą serią o Mikołajku. Baliśmy się, że cała trójeczka będzie chciała wypróbować nowe pomysły 😉 Przewinęła się cała masa książek. Potrzebowałam jednak zmiany, chciałam abyśmy czytali „doroślejsze” książki. Pierwszy był Hobbit. Pamiętam, jak czasami dzieciaki chowały się pod kołdrę za strachu, ale nie pozwalały zmienić książki 😉

Następnie w ręce wpadł mi Harry Potter. To była desperacja, po pierwszym rozdziale zauroczenie, po kilku rozdziałach dozgonna miłość. Pierwszy tom czytałam ja, kolejne mąż. Jego struny głosowe są wytrzymalsze 😉 Moje dzieciaki wpadły po uszy. Harry Potter stał się częścią naszego życia. Przypomniał mi, aby nikogo i niczego nie oceniać po pozorach. Kupiłam wszystkie filmy. Czytamy oczywiście także inne książki, oglądamy różne filmy. Zawsze jednak wracamy do Pottera. Zdaję sobie sprawę, że wiele środowisk jest bardzo negatywnie nastawionych do książek o Harrym. Główny zarzut: szerzenie okultyzmu. Nie zgadzam się z tym. Ja widzę w tych książkach coś więcej niż czary-mary. Widzę w nich mądrość.

Zdjęcie pochodzi z serwisu http://harrypotter.wikia.com

Zdjęcie pochodzi z serwisu
http://harrypotter.wikia.com

CDN…

Wtorek

Jestem zmęczona i bezproduktywna w dodatku znowu mnie boli: tym razem żołądek.  Migdały są zdrowe, ale co za dużo to niezdrowo, prawda? Na szczęście istnieje imbir, bez niego nie siedziałabym przed komputerem, tylko zwinęła się kłębek na kanapie (co i tak mam ochotę uczynić).

W sumie nie jest źle: wreszcie dojechałam na zastrzyki, w zeszłym tygodniu byłam na wagarach, bo dziecię niedomagało i czytało książki w łóżku. Byłam na pianinie: poszło mi nadspodziewanie dobrze, widzę światełko w tunelu, pewnie w końcu nauczę się grać to:

Carol of the bells

IMG_20130212_110520

Fortepian ze studia muzycznego:-)

Będzie jak znalazł na Boże Narodzenie:-) Piękny utwór. Gdyby moje dłonie były choć ciut większe, no nic trzeba ćwiczyć rozcapierzanie palców 🙂