Witajcie w listopadzie

Próbuję otrząsnąć się z szoku, że to już listopad. Poważnie. Czas pędzi jak zwariowany. Mieliśmy bardzo wypełnione ostatnie dwa tygodnie. Smarkaliśmy, kasłaliśmy, narzekaliśmy na ból głowy albo gardła albo brzucha. Mieliśmy gościa – przyjaciółkę, z którą nie widzieliśmy się 8 lat (kiedy to minęło???). Mój abstynencki przewód pokarmowy wchłaniał do 3 rano wino (niecałe 3 kieliszki). Było podżeranie czekolady i nocne Polaków rozmowy – tego ostatniego szczególnie mi brakuje na obczyźnie. Na czym? Znowu to przejęzyczenie. Postanowiłam obczyznę zmienić na (drugą) ojczyznę, dom. Tak, dosyć tego siedzenia na mentalnych walizkach. Czas by w końcu przyznać uczciwie przed sobą, tu jest mój dom, a jeśli wrócimy kiedyś do PL – tam będzie nasz dom.

Zostałam dołączona do pobliskiej parafii. Skoro nie umiałam się zdecydować czy chcę czy nie, decyzja została podjęta za mnie. Nie żałuję oczywiście. Jednak amerykański Kościół to coś innego niż polski, tzn. czuję się mile widziana. Księdzu Jimowi nie przeszkadza, że ja jedyna katoliczka a dzieci i mąż to protestanci. I co z tego? Mamy jednego Boga. Za tydzień idę na obiad dla nowych parafian, poznam ludzi. Fajnie.

Aha, znowu mnie zdiagnozowano 🙂 Mój przemiły neurolog ostatnio wynalazł u mnie zespół cieśni nadgarstka. Co ciekawe to samo zdiagnozowałam sobie sama 8 lat temu, kiedy miałam problemy z utrzymaniem papierowej chusteczki do nosa. Idę więc na test, który ma potwierdzić, bądź wykluczyć diagnozę, potem ewentualnie na fizykoterapię, gdzie nauczą mnie co zrobić z łapką, by ułatwić sobie życie. Mąż się cieszy że to lewa a nie prawa 😉

Póki pamiętam:-)

Parę dni temu zastałam Dominika w kuchni przy kuchennym stole. Syn zapłakany, wkurzony i nieszczęśliwy. Pytam biedaka, co się stało i słyszę:

– Chlip, chlip, Julia mnie CIUŚLAŁA!

Jako, że poważnie podchodzę do dziecięcych problemów, to ugryzłam się w język i drążę temat.

-A co to znaczy, że ciuślała?

-Popychała moją rękę (łokieć położony na stole, dłoń podtrzymywała buzię).

Reklamy

Zdarzyło się wczoraj

Ten wpis będzie bez zdjęć, bo po pierwsze jest 5.30 rano (przestawiłam się w końcu na nowe pory snu), po drugie nie mam jeszcze, po trzecie muszę wypić kawę. Sobota była mega zajęta. Rano oczywiście prezenty dla jubilata, potem mecz. Mając  w pamięci środowy trening, kiedy to przemarzłam do kości, wczoraj miałam na sobie cienki golf, cienki sweter i płaszcz a na nogach porządne buty i wełniane skarpety. Było całkiem całkiem, dopiero pod koniec spotkania (skończyła mi się herbata imbirowa), chłód zaczął do mnie przenikać. Generalnie miałam się w miarę dobrze i sucho, Dominik natomiast miał całkiem mokre buty i skarpetki, spodnie też były całkiem mokre (wywrotka na mokrej trawie). Po powrocie szybkie przygotowania i pojechaliśmy do domu znajomych aby świętować z nimi żydowskie święto Rosz ha-Szana, czyli Nowy Rok. Na stole było 7 ciast upieczonych tego samego ranka. Imponujące. Po południu odwiedziła nas przyszywana babcia moich dzieci. To był fajny dzień, niestety cukier mi nie służy ( a wczoraj byliśmy dosłownie na diecie ciastowej), no i teraz mam za swoje, bo kaszlę jak gruźlik.